Dziś banalne i genialne w swojej prostocie danie rodem z Meksyku.
Chili con carne w tej postaci jest jednym z naszych ulubionych. Nauczony tym, że szybko znika, od razy przyrządzam je z podwójnej porcji w dużym garnku.
Do przyrządzenia będziemy potrzebowali:
- przede wszystkim ładne mięso. Oczywiście wołowina. 1 – 1,2 kg. Ja wybrałem udziec, który na miejscu pani w sklepie mi zmieliła.
- 3 puszki krojonych pomidorów.
- 3 puszki czerwonej fasoli.
- 1 duża cebula.
- 5 ząbków czosnku.
- 2 czerwone papryki.
- 2 łyżeczki kuminu (czyli kminu rzymskiego).
- 2 łyżeczki oregano.
- 5 łyżeczek koncentratu pomidorowego.
- pieprz, cukier i sól do smaku.
- na koniec składnik specjalny, czyli papryczki chipotle. Są to wędzone papryczki jalapeño w ostrym sosie. Ja je kupuję zawsze w Intermarche, a wygladają tak:


Składniki zebrane, czas zatem przystąpić do dzieła.
W pierwszej kolejności musimy zeszklić posiekaną cebulę. Pod koniec smażenia wrzucamy do garnka czosnek przepuszczony przez praskę.
Po kolejnej minucie wrzucamy mięso i cały czas mieszamy aby rozbić grudki i pilnujemy aby równomiernie się przysmażało.
Gdy mięso nie jest już surowe, do garnka dorzucamy pomidory, przyprawy i koncentrat pomidorowy
Teraz dodajemy chipotle. W moim przepisie w garnku wylądowała cała zawartość powyższej puszki. Dla niektórych osób może to być zbyt ostre, ale… w końcu to jest kuchnia meksykańska – ostra ma być przede wszystkim w smaku, a nie tylko w nazwie*. Garnek zostawiamy na małym ogniu na ok 0,5h i dokładnie mieszamy raz po raz.
W tym czasie odsączamy i przepłukujemy fasolę oraz oczyszczamy i kroimy paprykę.
Po pół godzinie w garnku lądują papryka i fasola. Po następnych 10 minutach danie gotowe.
Podobno im więcej razy się odgrzewa, tym lepsze. Niestety nie potrafię tego potwierdzić, bo zawsze się kończy za szybko. 🙂
Nic tylko się zajadać… i biec do sklepu po składniki na kolejną porcję. 😉

* Tak jak np. chipsy, które wg producenta są piekielne, a w praktyce okazują się ledwo pikantne (ahh, ci marketingowcy). Nie ma się wówczas co dziwić, że ludzie po zjedzeniu czegoś co w nazwie ma „piekielny” myślą, iż palące jedzenie im niegroźne. Tutaj serdeczne pozdrowienia dla pani, która w jednym z lokali – pomimo ostrzeżeń obsługi i odpowiednich oznaczeń w menu zamówiła zupę będącą najostrzejszą pozycją w karcie. Po chwili przyszła z wyrzutami, że to jest tak ostre, że tego się nie da zjeść. 😀